Potęga słów

W dzisiejszym świecie można zauważyć coraz luźniejsze podejście do słowa. Pośpiesznie skanujemy artykuły, piszemy skrótowo sms-y, a w rozmowie bardziej stawiamy na własny przekaz niż jego odpowiednie zrozumienie przez odbiorcę. Twierdzenia te są oczywiście pewną generalizacją – nie zawsze tak jest. Kolejna generalizacja będzie może jeszcze bardziej kontrowersyjna – słowa, po jakie sięgamy, kształtują nasze relacje, rzeczywistość, a nawet nas samych. Zanim się oburzysz, przeczytaj ten tekst.

Słowo jest wszystkim

Mój polonista z liceum zwykł mawiać, że słowo jest wszystkim. Brzmiało to dla mnie wtedy zdecydowanie zbyt górnolotnie i widziałam w tym wyłącznie jego zafiksowanie się swoją profesją. Im jestem starsza, tym jednak bardziej to do mnie przemawia. Widzę, jak mnóstwo zależy od słów, jakich używamy. Coraz bardziej przekonuję się, że faktycznie jest tak jak głosi tytuł jednej z książek Johna C. Maxwella – wszyscy się komunikują, a tylko niewielu potrafi się porozumieć. O tym, czy komunikacja jest zrozumiała, decyduje odbiorca przekazu. Tak, odbiorca, nie Ty. Możesz wypowiedzieć się najpiękniej jak potrafisz, ale jeśli odbiorca Cię nie zrozumie, to komunikację można ocenić jako nieskuteczną. Twoją rolą jest zatem umiejętne dotarcie do Twojego odbiorcy. Nie jest to jednak proste.

(Nie)porozumienie

Każdy z nas jest ukształtowany przez własne doświadczenia, oczekiwania, punkty odniesienia, uprzedzenia i wyobrażenia. Komunikat, który otrzymujemy, będzie w naturalny sposób filtrowany przez te wszystkie elementy. Zdanie: „Dawno nie byliśmy w kinie” jedna osoba zrozumie jako propozycję, żeby pójść do kina, inna zaś zobaczy w nim pretensję, że takie działanie faktycznie dawno nie miało miejsca. Z rozmaitych powodów adresat może interpretować otrzymaną wiadomość w sposób zupełnie różny od zamierzeń mówiącego. A to niejednokrotnie rodzi konflikty, mimo że intencje żadnej ze stron nie były pierwotnie złe. Nie mamy pełnej kontroli nad tym, co rozumie odbiorca. Nie można zmienić jego sposobu funkcjonowania. To może przygnębiać. To, co nam pozostaje to próbować do niego dotrzeć. Przekazywać swoje myśli jak najbardziej precyzyjnie. Mówić do odbiorcy niejako jego językiem. Inaczej zwrócisz się do dziadka, inaczej do profesora, a inaczej do kilkulatki. Dopasowując się do osoby, do „schematu”, porozumiewamy się skuteczniej. Słowa, jakich używamy, mają ogromną moc.

Komunikacja niewerbalna

Nie wszyscy tak jednak uważają. Pasjonaci komunikacji niewerbalnej twierdzą, że w procesie komunikacji interpersonalnej informacje przekazywane za pomocą słów stanowią zaledwie 7%. Przodujący temu twierdzeniu antropolog Albert Mehrabian uważał, że znacznie ważniejsze są elementy dźwiękowe, takie jak ton czy barwa głosu (38% oraz mowa ciała (55%). I rzeczywiście mimika, gesty czy postura to ważne środki komunikacyjne. Jednak nie zawsze są dostępne. Na przykład cały mój przekaz będzie się tutaj opierał wyłącznie na słowach – to tylko w nie mogę ubrać i dostarczyć Wam, drodzy Czytelnicy, moje myśli. Znaczenie słowa bywa niedoceniane. A tymczasem to od niego zależą tak podstawowe sprawy jak komunikacja z drugim człowiekiem, nasze postrzeganie rzeczywistości czy nawet… nasza samoocena.

Teoria Sapira-Whorfa

Tak zakłada teoria relatywizmu językowego, będąca jedną z najważniejszych teorii we współczesnym językoznawstwie. Znana jest również jako teoria Sapira-Whorfa, od nazwisk dwóch amerykańskich badaczy, antropologów i lingwistów. Zakłada ona, że język jest nadrzędny wobec myślenia. Język wpływa na myślenie – na to, w jaki sposób interpretujemy świat i fakty, które poznajemy czy rzeczy, które kategoryzujemy. Język jest pryzmatem, przez który poznajemy świat i spoglądamy na rzeczywistość. Teoria ta znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. Istnieją kultury, które inaczej definiują czas, przestrzeń czy miary. W związku z tym posługują się one innym słownictwem na określenie znanych nam rzeczy. A zatem te różnice są widoczne, namacalne i sprawdzalne empirycznie. Bardziej radykalni zwolennicy tej teorii uważają wręcz, że inaczej niż przez język nie możemy poznać świata.

Słowa tworzą rzeczywistość

W jednym z eksperymentów sprawdzający tę teorię badacze pokazali przedstawicielom różnych grup językowych trzy kartki z różnymi kolorami – mieli oni wskazać, które kolory są do siebie najbardziej podobne. Wynik okazał się silnie skorelowany z tym, czy w rodzimej mowie uczestników przedstawione barwy miały podobną nazwę. Z jednej strony można by pomyśleć – nic dziwnego, to oczywiste, że badani wybierali swoje słowa. Nie mogli użyć słów, których nie znają. Z drugiej strony pojawia się tu nieco mniej oczywista konkluzja. Mianowicie, fakt, że posługujemy się najbliższymi nam słowami sprawia, że myślimy też przez ich pryzmat. Osoba, która często narzeka, a w jej codziennym słowniku dominują negatywne epitety, będzie też w taki sposób postrzegać świat. Osoba częściej sięgająca po słowa: „wspaniale” i „znakomicie” będzie dostrzegać wokół siebie więcej dobra niż zła. Jeśli np. namiętnie śledzimy zatrważające newsy w programach informacyjnych (a w czasach trwającej w Ukrainie wojny takie newsy są na porządku dziennym) to one wpłyną też na nasz odbiór świata. Wiadomo, newsy to nie tylko słowa, tworzą je także mocne, przykuwające uwagę obrazy. Jednak to słowa ubierają je w historię, nadają im kontekst. Czasem może być to zaledwie kilka słów.

Opowieść w sześciu słowach

Twierdzenie, że nie liczy się ilość, a jakość jest prawdziwe w wielu dziedzinach. Także właśnie w kontekście słów. I zanim wywołam oburzenie wśród twórców niejednokrotnie kilkutomowych powieści (tutaj puszczam oko do niezwykle płodnego literacko Remigiusza Mroza), to uzasadnię tę myśl właśnie słowami innego pisarza. Legenda głosi, że Ernest Hemingway założył się kiedyś ze swoimi znajomymi, że napisze powieść tylko w sześciu słowach. I powstała taka historia: „Na sprzedaż. Dziecięce buciki, nigdy nienoszone.” (w oryginale: For sale: baby shoes, never worn.). Tych kilka słów wystarcza, by zbudować niebywale wymowny obraz… I choć obecnie podważa się przypisywanie autorstwa tej opowieści właśnie Hemingway’owi, to nie odbiera to wartości tego przedsięwzięcia. Czasem prostota jest najlepszym zabiegiem literackim, po jaki możemy sięgnąć. Czasem nadmiar słów jest wręcz zbędny.

Slogany reklamowe

Wiedzą o tym osoby działające w branży marketingu, reklamy, copywritingu (a mam przyjemność być od kilku lat częścią tego świata). Wszyscy kojarzymy hasło: „Just do it” i niemal odruchowo łączymy je słusznie z marką Nike. McDonald’s zasłynął swoim „I’m lovin it” (i oczywiście uzależniająco dobrymi hamburgerami), a znany energy drink (którego właśnie piję) wbił się nam w pamięć ze sloganem: „Red Bull doda ci skrzydeł”. Takich sloganów jest cała masa. „Think diffrent” marki Apple’a, „Ponieważ jesteś tego warta” L’Oreal Paris czy z naszego rodzimego podwórka Biedronka i jej „Codziennie niskie ceny”. Osobiście bardzo lubię także hasło „Cała nadzieja w kawie” marki Green Nero Caffe. Celem takich sloganów jest oczywiście zapadnięcie w pamięć odbiorców. Ale nie tylko. Chodzi o to, aby w kilku słowach przedstawić tożsamość danej marki – jej istotę, sedno, sens istnienia, wartość, jaką niesie dla odbiorcy. Odpowiedni dobór słów może zdziałać w tym przypadku cuda. Nie jest, rzecz jasna, jedynym czynnikiem budującym skuteczność danej marki, jest jednak znacznie ważniejszy niż powszechnie większość z nas sądzi. Słowa, jakich używamy budują naszą tożsamość. Buduj swoją świadomie.

Marlena Hess

MS 8/2022, 26 maja 2022

Bibliografia:

  • • John C. Maxwell, Wszyscy się komunikują, niewielu potrafi się porozumieć, Warszawa 2016.