Sumienny oprawca

3 czerwca br. sala widowiskowa w Ośrodku Kultury „Arsus” znów zamieniła się w scenę teatralną. Spektakl „Żelaznymi łzami” napisany i wyreżyserowany przez Joanną Godlewską przeniósł widownię w czasy drugiej wojny światowej. Tym, co nadało mu szczególnie interesujący wymiar było przedstawienie akcji z punktu widzenia zbrodniarzy nazistowskich.

Grypsy

Cała sztuka dzieje się w mieszkaniu jednego z nazistowskich oprawców. Franz i Eryk (w tych rolach znakomici Andrzej Dębkowski i Janusz Godlewski) siedzą w salonie i konsumują pyszną kolację przygotowaną przez służącą im Polkę (graną przez Annę Grochowską-Habzę). Mają znakomite humory, a z ich ust tryska żart za żartem. Nie są to jednak żarty, z których ktokolwiek na widowni mógłby się zaśmiać. Dotyczą one sprowadzania Żydów i Polaków do podludzi czy wspomnień z przeprowadzonych transportów do getta. Znakomicie bawi ich także wspólne odczytywanie grypsów, czyli nielegalnie przemyconych listów przez więźniów. Im brutalniejsze treści przedstawione w listach, tym głośniejszy ich śmiech. „Sam widzisz, ile gryzmołów. Czym oni to piszą? Wredna banda.” – komentuje jeden z nich. W praktyce pisania listów oprawcy widzą tylko cwaniactwo, nieposłuszeństwo, spiskowanie – słowem, argumenty za tym, że przetrzymywani w getcie więźniowie zasłużyli na swój los. Oprawcy kompletnie nie rozumieją, jak można dać się zarazić tyfusem, żeby tylko trafić do części szpitalnej i takie listy móc łatwej przemycić. „Trzeba mieć nienormalne w głowach.” – komentują.

Ironia

Biesiadujący panowie mają też jednak swoje zmartwienia. Martwią się, że transport więźniów trwa za wolno, że trzeba napracować się przy strzelaniu, że dźwiganie ciał powoduje bóle pleców, że trzeba oszczędzać amunicję i jedna kula powinna wystarczać na jedną osobę. „Po tak ciężkiej robocie należy się wytchnienie. Niełatwo było dopilnować transportu, dawno nie słyszałem takiego wrzasku.” – podsumowuje jeden z nich. „Ciekawe, czy strzelającym udało się doczyścić buty.” – zastanawia się drugi. Taka okrutna ironia jest podstawowym zabiegiem wykorzystanym w tej sztuce. Zarysowana sylwetka oprawców szokuje bestialstwem i nieludzkością. Są dumni ze swoich zbrodni, chcą być w nich coraz lepsi. Normalnie pozytywne cechy takie jak np. empatia czy troska są tutaj wywrócone do góry nogami. Widać to na przykład w słowach jednego z nich: „Nie denerwuj się, jakoś sobie z nimi (więźniami) poradzimy, wcześniej czy później zostaną wyeliminowani. To my dysponujemy ideą, która zaprowadzi ład w całej Europie”. Przejawem troski jest zatem pocieszanie jednego z nich, że poradzą sobie z dalszym rozprzestrzenianiem germańskiej idei.

Nacjonalizm

Nacjonalizm to kolejny, obok ironii, ważny motyw w tej sztuce. Widać go, słychać i czuć od pierwszej do ostatniej sceny. Panowie widzą w sobie największych patriotów, sławiących swojego wodza, wychwalają jego strategiczne zdolności. Wznoszą toast za służbę i wierność nacji oraz wprowadzany porządek nacjonalistyczny. Pragną, aby, jak to podkreślają, niemiecki ruch wiary rozprzestrzenił się wszędzie. „Dzisiaj są tylko nasze Niemcy, jutro będzie cały świat”. Są dumni z realizowanych przez siebie skrupulatnie zadań, bardzo liczą na nagrody za swoje niewątpliwe zasługi i na dalszy rozwój kariery. Respektowanie nacjonalistycznych zasad z radością wdrażają u najmłodszych pokoleń. Ich wnuki, które zaczynają już wykonywać pierwsze esesmańskie obowiązki, napawają ich dumą. Czują się przedstawicielami najlepszej rasy, przed którą wszyscy powinni drżeć. Są strażnikami niemieckiego honoru stawiającymi na wierność swojej nacji i stuprocentowe posłuszeństwo wyznawanej ideologii.

Codzienność

Równocześnie w te wszystkie wywody zostają wplecione tematy codzienne, takie jak narzekanie na pogodę, delektowanie się pyszną, aromatyczną kawą, luźne wstawki o polityce, „panienki”. Ta codzienność potęguje tylko okrucieństwo i dramatyzm ich działań. Wzmacnia kontrast między chwaleniem dobrego posiłku a bestialskim traktowaniem więźniów. Poczucie bycia nadludźmi widać także w ich stosunku do służącej im Polki, Marii. Nazywają ją – w jej obecności – niedojdą i prostaczką, która powinna się cieszyć, że może służyć w dobrym domu. Gospodarz bez zająknięcia i znów – w obecności Marii – mówi, że na razie jest potrzebna, ale jeśli nie będzie posłuszna to zatłucze ją własnymi rękami. Podsumowując, można stwierdzić, że im bardziej dany temat jest dla oprawców śmieszny i błahy, tym jest straszniejszy dla oglądających spektakl widzów. Wszystko jest tu na opak, o czym zresztą świadczą ujęte w tytule żelazne łzy.

Żelazne łzy

A nawiązują one do „Elegii o chłopcu polskim” napisanej przez Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Użyta przez poetę metafora żelaznych łez odwołuje się do dwóch skojarzeń: użycia broni i ronienia łez. Potworność wojny sprawia, że, aby przetrwać, nasze łzy muszą stać się niejako żelazne. Wojna wydobywa z ludzi skrajne emocje, łączy je ze sobą w różnych kombinacjach, doprowadza je do ekstremum, ubiera w odcienie niemożliwe do poznania w zwyczajnych czasach. Żelazne łzy są wpisane w każdą wojnę. Mimo że zaprezentowany spektakl opisuje konkretne wydarzenia z czasów II wojny światowej, to jego wydźwięk i znaczenie żelaznych łez wybrzmiewają nawet jeszcze mocniej przez wciąż trwającą rosyjską napaść na Ukrainę. Wojenne zmagania naszych wschodnich sąsiadów czynią przekaz tej sztuki jeszcze bardziej wymownym, przemawiając do nas bardziej niż kiedykolwiek.

Na wzgórzach Magdalenki

Mówiła o tym reżyserka, Joanna Godlewska, z którą udało nam się (redakcji Mocnych Stron) krótko porozmawiać po zakończeniu spektaklu. „Tworząc scenariusz miałam na celu upamiętnienie ofiar mordu, jaki miał miejsce w maju 1942 roku w Lesie Sękocińskim na wzgórzach Magdalenki i nakreślenie sylwetek oprawców. Pisałam ten spektakl tuż przed pandemią dla Gminnego Ośrodka Kultury w Lesznowoli. Nie wiedziałam, że historia zatoczy koło. Kto mógł się spodziewać, że ten spektakl tak się wstrzeli w obecne czasy. Przez bieżące wydarzenia bardzo się on uwspółcześnił – tak się złożyło. Wielka szkoda, że się tak złożyło, bo to znaczy, że świat idzie na psy.” – powiedziała reżyserka. „Obecnie, gdy gramy ten spektakl to ta analogia do Ukrainy jest ewidentna. Zachowania oprawców są identyczne jak były wtedy, właściwie to nie wiem, czy w tej chwili nie są nawet gorsze.” – dodała.

O zabijaniu przy ciasteczku

Reżyserka skomentowała także główne zabiegi, na jakich opiera się ta sztuka, czyli m.in. ironia, przeplatanie wojny z codziennością, cyniczny i szyderczy język. „Starałam się, żeby okropność tych faktów, które historycznie miały miejsce, jednocześnie była skonfrontowana z codziennością tych oprawców. Piją smaczną kawę, jedzą ciasto, komentują codzienne, normalne rzeczy, a jednocześnie traktują jako pracę i misję to, co robią. Szczycą się, że są sumienni. Ale sumienność w przypadku ich pracy oznacza sumienne zabijanie. Jest to straszne.” – przyznała. Kwestie, które padają w spektaklu są bulwersujące, obezwładniające, niepojęte. Ale muszą paść. Musimy pielęgnować pamięć o wydarzeniach takich jak egzekucja w Lesie Sękocińskim z 1942 roku. Spektakl „Żelaznymi łzami” jest zatem potrzebny i arcyważny, a równocześnie – artystycznie – bardzo dobry.

O reżyserce

Przypomnijmy, to już kolejna sztuka wystawiana przez Joanną Godlewską w Ośrodku Kultury „Arsus”. Wcześniej były to m.in. „Ja, Ewa” podejmująca temat roli kobiet i czarnego protestu oraz „Dzień z życia Lucjana, Lusi i mamusi”, tym razem komedia. Jak jednak reżyserka sama przyznaje, najbardziej lubi pisać sztuki obyczajowe. „Mają one więcej możliwości aktorskich i artystycznych. Można pozwolić w nich sobie na więcej abstrakcji. W przeciwieństwie do tych poważniejszych sztuk, nie muszą być one tak mocno skupione na opowiadanej historii.” – uzupełniła. Dodała także, że ma mnóstwo pomysłów na kolejne sztuki, obecnie koncentruje się na bardziej poetyckim spektaklu na podstawie Herberta. Zatem z pewnością jeszcze nieraz spotkamy się w Arsusie.

Marlena Hess

Zdjęcia: Sylwester Żółtowski

MS 10/2022, 23 czerwca 2022