KulturaURSUSWywiady

„Ważna jest życzliwość dla samego siebie”

Z Renatą Przemyk rozmawia Marlena Hess


22 kwietnia br. w Ośrodku Kultury „Arsus” odbył się długo wyczekiwany koncert Renaty Przemyk i jej zespołu. Po występie mieliśmy wielką przyjemność porozmawiać z artystką o jej muzyce, inspiracjach, kulisach koncertowania, najważniejszych zmianach zarówno prywatnych, jak i zawodowych. Artystka dała nam się poznać także od tej pozascenicznej strony – czy wiedzieliście, że skoczyła ze spadochronem, a wolnym czasie lubi robić przetwory? Zachęcamy do lektury.

To już kolejny, przynajmniej piąty Pani występ w Ośrodku Kultury „Arsus”. Redakcja „Mocnych Stron” miała przyjemność rozmawiać z Panią ostatnio w 2017 roku, czyli pięć lat temu. Co się u Pani zmieniło przez ten czas? Czy lubi Pani tutaj wracać?

RENATA PRZEMYK podczas rozmowy z Marleną Hess („Mocne Strony”)
Fot. Sylwester Żółtowski

Renata Przemyk (RP): Tak, zawsze przyjemnie mi się tutaj wraca, jest cudowna atmosfera, wszystko jest zawsze idealnie przygotowane. Wręcz jakoś się tu zadomowiłam, spotykam bardzo życzliwych ludzi. Co się zmieniło? Przede wszystkim przez te pięć lat przechodziliśmy przez różne etapy pandemii, dotknęło nas coś, co nie znało granic, do tego dużo zmian w przestrzeni geopolitycznej. Powrót do występów po tej kilkunastomiesięcznej przerwie był uczuciem nie do opisania. To absolutnie niesamowite, jak to jest nie móc grać, a potem nagle do tego wrócić – do żywej publiczności, bez pośrednictwa ekranu. Zdarzały się nam w pandemii koncerty, podczas których byliśmy na scenie, ale zupełnie bez publiczności. I szczerze? Już nie wiem, co jest gorsze – niegranie w ogóle czy granie do nikogo. Cisza po każdej piosence w miejsce wcześniejszej, wchodzącej w interakcje widowni jest nie do zniesienia. Muszę przyznać, że generalnie czuję się rozpieszczona przez publiczność. Po każdej piosence dostaję zwykle dowód na to, że ona jest dobrze przyjęta i chciana. A podczas pandemicznych koncertów panowała kompletna cisza. Pamiętam, jak mówiłam do ekipy technicznej: „Krzyczcie, klaszczcie, róbcie coś, żeby po prostu była jakakolwiek interakcja.” Bez żadnej reakcji występowanie jest bardzo trudne. Dlatego powrót do grania wywołał w nas wszystkich radość i entuzjazm. Wszyscy bardzo za tym tęskniliśmy.

Czy zauważyła Pani też jakąś zmianę u publiczności? Że np. po pandemii była bardziej stęskniona za takimi koncertami?

RP: Tak jak już wspomniałam, czuję się przez publiczność rozpieszczona. To duże szczęście mieć taką publiczność. Bardzo rzadko zdarzają się na moich występach przypadkowe osoby. Ludzie na moich koncertach zwykle wiedzą, na co przychodzą. Myślę, że właśnie temu zawdzięczam tak serdeczne przyjęcie – że spotykamy się w takim sprawdzonym i życzliwym gronie. Cudownie gra się dla kogoś, kto tak żywo reaguje. Myślę też, że ta tęsknota spowodowała nie tylko żywe reagowanie publiczności, ale też to, jak my, czyli mój zespół, ją odbieramy – bo byliśmy jej tak spragnieni, tak stęsknieni za tym graniem na żywo. Przekonaliśmy się, jak bardzo to kochamy.

Tu zobaczysz galerię zdjęć

Nawet mówiła dziś Pani o tym podczas koncertu – że gdy się coś traci, to potem bardziej się to docenia. Więc w sumie może jest to też jakiś pozytyw tego pandemicznego zawieszenia.

RP: Tak. Natomiast innych zmian w trakcie tych pięciu lat raczej nie obserwuję.

Z upływem lat jest trochę tak jak Maria Czubaszek mówiła: „Kobieta powinna raz ustalić, ile ma lat i już się tego trzymać”. Gdy gramy to nie czuję upływu czasu. Po prostu działamy cały czas, od koncertu do koncertu, od projektu do projektu. A na tyle to wszyscy lubimy, że po prostu dobrze spędzamy ze sobą czas.

Szczerze mówiąc bardzo było to dzisiaj widać. I właśnie też o to chciałam dopytać. Pani utwory są głębokie, skłaniające do refleksji, poruszające. Natomiast pomiędzy nimi mogliśmy dziś zaobserwować na scenie luźną atmosferę, dużo żartobliwych komentarzy między członkami zespołu. Czy jest tak zawsze?

RP: To prawda, sporo ze sobą rozmawiamy, opowiadamy różne historie i zagadujemy publiczność. Natomiast za każdym razem jest to spontaniczne. Zdarza się, że wybieram jakiś light motive – coś, co mogłoby być takim tekstem przewodnim. Zazwyczaj jest to jedno słowo – czas, droga, podróż, miłość, kosmos. I wokół niego jest budowana opowieść, czasem dłuższa, czasem krótsza. Wciągam basistę w rozmowę – głównie jego, bo tylko on ma ze sobą mikrofon. Bardzo lubimy się gdzieś tak wzajemnie wpuszczać, i gdy z tej nieprzewidywalności powstaje coś faktycznie zabawnego i żywego. Nigdy nie są to ustalone wcześniej teksty. Natomiast też chodzi o to, żeby było pokazane, że przez to, że czasem jest lekko, jak jest potem czasem ciężko.

Czyli to pomaga w zapewnieniu pełniejszego wachlarza doznań?

RP: Tak. Tak jak mówiłam pomiędzy piosenkami – nie wiedzielibyśmy, co to znaczy uroda, gdybyśmy nie poznali wcześniej brzydoty. Nie wiedzielibyśmy, co to jest zło, jakbyśmy nie poznali wcześniej dobra. I odwrotnie. I wszystkie te antonimiczne zjawiska nadają sens swojemu przeciwieństwu.

To tak jak rozmawiałyśmy przed chwilą – że dzięki pandemii można jeszcze bardziej docenić publiczność na żywo.

RP: Dokładnie. Jak ktoś kiedyś w życiu chorował to wie, co to znaczy… Spotyka się nieraz osoby, które chorowały bardzo ciężko, miały np. raka. I potem mówią, że błogosławią swoją chorobę, bo dzięki niej zaczęły inaczej patrzeć na życie. Doceniać je, cieszyć się z niego. Wcześniej widzieli po prostu tylko te gorsze strony i kierowały nimi pretensje. A pod wpływem choroby przyjęli właściwą perspektywę. Wiedzą już lepiej, na czym polega życie.

W kontekście tych emocji, które towarzyszą Państwu na scenie to zastanawiam się, czy tak doświadczonej artystce jak Pani zdarza się jeszcze w ogóle stres na scenie?

RP: Z tym stresem jest tak, że po tylu latach doświadczenia on nie znika, ale na pewno się zmienia. Jest bardziej mobilizujący. I znowu wrócę do tego, że czuję się przez publiczność rozpieszczona. Czuję z jej strony akceptację. Przecież ponad 30 lat mogę występować z powodzeniem wyłącznie dlatego, że ludzie przychodzą i chcą mnie słuchać. Że są życzliwi i otwarci. To zdecydowanie łagodzi stres, gdy wiem, że przychodzą ludzie, którzy tego chcą.

Czyli nawet jeśli wydarzy się coś niechcianego to życzliwa publiczność nie odbierze tego źle.

RP: Tak. Dzięki temu wiem, że nie będę krytykowana w jakiś taki zimny sposób, że nie będzie mi dokładnie wytykane wszystko. Wyczuwam tę życzliwość. Zresztą po każdej piosence, niemal w każdej części koncertu czuję, że tak jest. Ten stres jest więc zdecydowanie inny niż 30 lat temu. Nawet gdy pomylę tekst, to nie stanowi to już dla mnie tak wielkiego dramatu, jaki kiedyś był. Dawniej mój perfekcjonizm był przytłaczający, aż ciężko było oddychać. Zależało mi po prostu na tym, żeby wszystko zrobić jak najlepiej. Z biegiem lat zaczęłam trochę odpuszczać, ale też nie stało się to z dnia na dzień. Chociaż na pewno były graniczne momenty.

Pierwszym z nich było pojawienie się na świecie mojego dziecka. Nagle okazało się, że nie jestem w stanie przewidzieć swojego życia co do minuty lub choćby co do dnia. Że tak naprawdę nic się nie da przewidzieć. Zaczęłam więc odpuszczać i zaczęło mi się rozjaśniać w głowie. A potem w 2007 roku miałam operację zatok z powodu przewlekłego zapalenia krtani. Oznaczała ona niebezpieczeństwo utraty głosu. Wracając do tego, co mówiłyśmy o chorobie – nagle okazało się, że być może nie będę już mogła śpiewać. Poczułam wtedy tak dojmujący ból psychiczny, tak naprawdę dopiero wtedy przekonałam się, jak wiele muzyka dla mnie znaczy. To jest mój sposób na funkcjonowanie i strasznie by mi jej brakowało.

Po operacji w 2007 roku zaczęłam przyjmować wiele nowych propozycji – np. występów aktorskich, duetów muzycznych. Słowem, były to rzeczy, o których wcześniej myślałam, że nie zapanuję nad nimi wystarczająco dobrze. Że nie zrealizuję ich perfekcyjne. A wtedy odpuściłam. Zaczęłam cieszyć się tym wszystkim, co przynosi mi los. Tych wyzwań było coraz więcej, bo byłam w stanie coraz więcej udźwignąć. Bo przestałam wymagać od siebie aż takiego perfekcjonizmu.

Właśnie wtedy powstał projekt Akustik Trio, potem po latach Akustik Kwartet, zaczęłam wtedy grać na instrumentach. A wcześniej moim jedynym instrumentalnym doświadczeniem było brzdąkanie na gitarze. Zawsze myślałam, że nigdy nie odważę się zagrać na scenie. Przecież żaden ze mnie muzyk. Jednoczesne granie i śpiewanie wydawało mi się nie do udźwignięcia. A wtedy stwierdziłam, że to zmienię i zaczęłam wprowadzać cymbałki, dzwonki, grzechotki, bębenki. Powoli oswajałam te rzeczy.

Stwierdziłam wtedy, że skoro wyszłam z choroby, a dzięki rehabilitacji mam jeszcze mocniejszy głos, to znaczy że powinnam zweryfikować swoje podejście. Pomyślałam – nie sprawdzę się, to się nie dowiem. Przy pierwszych koncertach z Trio był jeden bębenek. Potem jakaś grzechotka, dzwonki, fani i przyjaciele zaczęli mi przynosić różne egzotyczne instrumenty z całego świata. Uzbierało się w końcu tego tyle, że nie byłam już w stanie wszystkiego ze sobą wozić. Potem przyszły mi do głowy rekwizyty w postaci butów i kwiatków, i to powoli obrastało. Okazało się, że da się wyszkolić mózg tak, żeby zsynchronizować te wszystkie elementy. Nauczyłam się tym bawić. A zaczęłyśmy od stresu. Bo zupełnie inny stres jest w momencie, kiedy człowiek czuje życzliwość i sam dla siebie jest życzliwy.

Podsumowując to, co Pani teraz opowiedziała – co by Pani powiedziała sobie 30 lat temu, gdy zaczynała Pani swoją karierę?

RP: Szczerze mówiąc, gdy próbuję coś powiedzieć mojej córce, to okazuje się, że nie da się uczyć na cudzych błędach. 30 lat temu byłam inną osobą. Jeśli przyszłabym do samej siebie, do tej sprzed lat, to mogłabym sama sobie nie uwierzyć. Byłam wtedy strasznie spięta, sfocusowana na bardzo konkretne rzeczy. Byłam tak zamknięta, że same słowa na pewno by do mnie nie przemówiły. Natomiast gdybym spotkała wcześniej parę osób, które spotkałam w trakcie tych wielu lat, z którymi tak dobrze się poczułam, to na pewno miałoby to na mnie większy wpływ.

Chciałabym dopytać jeszcze o doświadczenia aktorskie, o których Pani wcześniej wspomniała. Czy mogłaby Pani porównać ze sobą bycie na scenie w roli aktorki i bycie na scenie w roli wokalistki? Czy są tutaj jakieś punkty wspólne? Zakładam, że pewnie tak, np. kontakt z publicznością.

RP: Nie jestem zawodową aktorką, więc nie zagram wszystkiego. Mogę grać, jak ja to mówię, „po warunkach”. Mogę grać kogoś podobnego do siebie, kogoś w sytuacjach, które też mi się w życiu przydarzyły. Nie stworzę czegoś kompletnie oderwanego od własnej osobowości, od własnego życia – tak jak robi to zawodowy aktor. Natomiast daje mi to frajdę. I podobnie jest, gdy śpiewam na scenie – jest to wtedy budowane na mnie, na moich doświadczeniach. Uwiarygadniam przekaz poprzez własne doświadczenia, własną osobowość. Tych ról scenicznych i teatralnych nie zdarzyło mi się jakoś bardzo wiele. Natomiast punktem wspólnym pomiędzy tymi dwoma rolami na pewno jest czerpanie z siebie. Jeżeli reżyserowi pasuje do roli to, jaka jestem i co mogę pokazać, to wtedy coś z tego budujemy.

Wracając do roli wokalistki. Czy ma Pani jakieś swoje ulubione, własne utwory, po które sięga Pani chętniej niż po inne? Np. z większym sentymentem?

RP: Ciężko byłoby teraz tak detalicznie wyliczać. Natomiast są utwory, które mają trochę dłuższe życie. Publiczność się ich nawet specjalnie domaga. I takie, które wytrzymują jakieś przearanżowania, które były zagrane już w iluś tam wersjach. To są głównie te, przy których mogę się sama wzruszyć. Np. „Kochana” czy „Jakby nie miało być”. Strasznie lubię piosenkę „Co tam niebo” o tym, jak kiedyś w ciężkim momencie swojego życia chciałam zobaczyć, jak jest w niebie. Skoczyłam wtedy ze spadochronem. Głośno tam jest strasznie (śmiech). A jak człowiek spada, tak naprawdę spada, to jest to po prostu…

Na pewno odważne.

RP: Odważne tylko w czasie decyzji. Jak skoczyłam to już nie byłam odważna (śmiech). Pierwszy i ostatni raz. Ale warto było to przeżyć. Potem napisałam o tym piosenkę i jak ją śpiewam to przypomina mi się ten skok. Są piosenki, które były pisane nawet nie w trakcie jakichś dramatycznych przeżyć, ale w oparciu o nie – trochę później. Absolutnie zaprzeczam temu, że dobrze jest pisać, jak się jest na dnie czy w jakimś skrajnym smutku. Nie wiem, jakim trzeba być egocentrykiem, żeby takie coś udźwignąć. Jak ktoś cierpi to cierpi i koniec. To zdecydowanie nie jest dobry moment na pisanie. Trzeba to przepracować i dopiero wtedy, pamiętając to, co się działo, co człowiek czuł, przearanżować to artystycznie.

Zbliżając się już powoli do końca – jakie są Pani inspiracje artystyczne? Zakładam, że każdy artysta też trochę podgląda innych twórców. Jaki twórca jest dla Pani inspirujący?

RP: Taki, który wywołuje emocje. To jest podstawa. Ten, do którego się wraca, bo się coś przeżywa. Niespecjalnie przemawiają do mnie nawet jakieś melodyjne czy wyświetlane w milionach odsłon piosenki albo utwory takie stricte rozrywkowe. Ja potrzebuję wejść w temat znacznie głębiej. Przy czym nie zawsze są to jakieś skrajnie smutne historie. Przychodzi mi tu na myśl np. Nina Hagen. Lub Björk – jej muzyka nie jest taplaniem się w nieszczęściu tylko raczej sięganiem w rejony mistyczne. Z twórców bardziej współczesnych bardzo podoba mi się to, co Miuosh robi, a zwłaszcza jego ostatnia płyta z orkiestrą, czyli takie łączenie stylów. Zresztą płyta, nad którą sama obecnie pracuję, też łączy w sobie różne style, np. etno, kulturę folkową z różnych stron świata, do tego głos biały i korzenie kobiecości. Dużo będzie się na niej działo. Ostatnio zainteresowałam się też bardziej kulturą skandynawską. Np. Aurora ma wiele interesujących, etnicznych zapożyczeń. Ciekawy jest Ólafur Arnalds – chociaż jest zupełnie stonowany. Podoba mi się to, co robi Hania Rani. Etniczne to nie jest, ale za to tak inspirujące, że można doznać olśnienia. Podobają mi się bardzo różne rzeczy. Ich punktem wspólnym jest to, żeby dzięki nim coś się czuło, coś się widziało oczami duszy, czuło się nawiązywane relacje. Lubię też klimaty bardziej ostre, rytmiczne, mocne, a także prześmiewcze i publicystyczne.

Ostatnie pytanie. Co lubi robić Pani w wolnym czasie? Co daje Pani reset, taką dobrą energię na kolejne dni?

RP: Wiele jest takich rzeczy, które lubię i niestety nie na wszystko mam czas. Mam nadzieję, że się jakoś lepiej zorganizuję, bo to jest akurat moja słabsza strona. Lubię jeździć, śpiewać, koncertować. Lubię czas z ludźmi. Ale też mogę się zaszyć w domu z książką, jestem wtedy przeszczęśliwa. Ostatnio kursuję pomiędzy Warszawą a domem na wsi, gdzie mogę doświadczyć kontaktu z naturą, z łąką. Mam tam swoje owoce i przetwory. Teraz muszę zdążyć zebrać mniszka, zanim natura go zdmuchnie. Przy stawie jest już czosnek niedźwiedzi. Co robię w wolnym czasie? Przetwory robię (śmiech). Ale to tylko czasem. Do tego nieoceniony jest czas z rodziną.

RP: Ja również dziękuję.


MS 7/2022, 12 maja 2022

Duża galeria zdjęć z koncertu Renaty Przemyk z zespołem w Arsusie i ze spotkania z fanami https://mocnestrony.com.pl/koncert-renaty-przemyk/

MS 7/2022, 12 maja 2022