Szalona jazda taksówką pod eskortą milicji na egzamin maturalny 1986 r. z dzielnicy Włochy na Żoliborz

Maturzysto z 1986 roku! Twój egzamin maturalny kosztował mnie 2400zł. Chcę się z Tobą spotkać, ale nie po to byś dopłacił do kursu, ale by dowiedzieć się czy zdążyłeś na egzamin, jak zdałeś maturę, jak Ci się ułożyło życie. Wypijemy kawę, zrobimy wspólne zdjęcie. Otrzymasz ode mnie jedną z moich książek („W tyglu Ursusa”), w której opisałem tę przygodę. Czekam na kontakt.

Od lutego 1982 r. nie miałem szans na pracę państwową, więc zostałem taksówkarzem. W poniedziałek 5 maja 1986 r. jak zwykle zawiozłem córeczkę do przedszkola (było przy głównej portierni ZM Ursus), a potem pojechałem na postój taksówek przy Stawie Koziorożca (ul. Globusowa w Warszawie Włochy). Po drodze zorientowałem się, że jeździ za mną zielony Fiat 125p. Wjechałem na postój od strony tunelu linii średnicowej. Fiat ustawił się z tyłu za mną w odległości około trzydziestu metrów. Podejrzewałem, że to milicja, i że zaraz do mnie ktoś podejdzie.

Oczekiwałem najgorszego, bo tuż przed świętem Konstytucji 3-go Maja rozkładałem na ul. Bagno ulotki i mogli mnie złapać. Udało mi się uciec moją żółtą Škodą 105 postawioną przy postoju TAXI przy ul. Twardej (dziś stoi tam wieżowiec, którego budowę nadzorowałem pracując w TP S.A.). Biegli wówczas za mną i mogli spisać numery mojej taksówki.

Teraz nie podchodzili, więc uznałem, że to nie jest milicja i już nie zwracałem na nich uwagi. Większe zainteresowanie wzbudził we mnie –biegnący od strony stacji PKP w kierunku postoju – młody chłopak. Doleciał zdyszany. Otworzył drzwi z okrzykiem:

– Szybciutko pod szkołę na ul. Włościańską, bo spóźnię się na egzamin maturalny!

No więc ruszyłem z kopyta. Włączyłem się w ruch na skróty, przez trawnik. Chwilę później usłyszałem za sobą wycie syreny. To ci z zielonego Fiata ruszyli za mną umieszczając na dachu niebieskiego koguta. Zatrzymałem się przed tunelem. Podszedł milicjant z drogówki i poprosił mnie o dokumenty. Byłem mocno zdeterminowany, aby bronić interesu mojego młodego pasażera, więc złożyłem milicjantowi propozycję:

– Panie władzo, ten młody człowiek za dwadzieścia minut będzie zdawał egzamin maturalny. Dajmy mu szansę. Jedźcie za mną, a jak dojedziemy do szkoły przy ul. Włościańskiej na Żoliborzu (dodałem dzielnicę, bo nie byłem pewien, czy wiedzą gdzie to jest) – będę do waszej dyspozycji.

Milicjant trzymał przez chwilę moje dokumenty w rękach. Pochylił się do otwartego okienka i zapytał chłopaka: – Czy to prawda? A gdy chłopak potwierdził – oddał mi dokumenty i powiedział: – No to ruszaj!

No to ruszyłem, a oni za mną, na sygnale. Gnałem jak karetka pogotowia! Widziałem, że milicjanci zaczynają odstawać. Trzeba pamiętać, że w tamtym czasie ruch w zwykły dzień był taki, jak dzisiaj w niedzielę o szóstej rano, więc minuta po ósmej byłem już pod szkołą. Jak dojeżdżaliśmy, chłopak wyjął sto złotych i powiedział, że więcej nie ma. Z licznika wynikało, że zabrakło mu dwadzieścia złotych. Krzyknąłem: – Dobrze jest! biegnij!

No więc pobiegł. Kiedy przekraczał bramę szkoły, było już trzy minuty po ósmej.

Do tej pory nurtuje mnie pytanie – czy mój pasażer zdążył na egzamin?

Gdy młodzieniec znikał mi z oczu, na plac przed szkołą wjechał milicyjny zielony Fiat 125p. Przygotowałem dokumenty. Siedzący z tyłu kierowcy cywil otworzył okno i dał mi ręką znak, żebym podszedł do ich samochodu. Polecił mi usiąść na przednim siedzeniu, obok kierowcy. Usiadłem, a on sięgnął po moje dokumenty, które trzymałem w ręku. Zaczął je przeglądać.

Teraz już nie miałem wątpliwości, z kim mam do czynienia. Do drzwiczek schowka w desce rozdzielczej przytwierdzona była pineską duża fotografia Zbyszka Bujaka. Kierowca zauważył, że unikam patrzenia na fotografię i zapytał:

– Chyba często się spotykacie, skoro nie jest pan ciekaw jak teraz wygląda pana kolega?

Odpowiedziałem taktycznie: – Gdyby tu wisiała fotka pięknej kobiety, to bym swój wzrok zawiesił na niej trochę dłużej. Mężczyźni mnie nie interesują i jest mi z tym dobrze.

Nastała cisza. Kierowca zaczął coś wypisywać. – Oj, dużo kosztować będzie pana ten kurs – stwierdził w pewnym momencie, podliczając kolumnę liczb.

Odezwał się wreszcie cywil z tylnego siedzenia:

– Co pan robił w dniu 1 maja?

Powiedziałem zgodnie z prawdą: – Pracowałem.

A on: – Wożenie ludzi na nielegalne zgromadzenia to praca?

Teraz dopiero zrozumiałem z jakiego powodu chcą mnie dzisiaj ukarać, no bo rzeczywiście – 1 maja na Rynek Nowego Miasta przywiozłem czterech młodych ludzi, którzy poprosili mnie o zgodę na przygotowanie w samochodzie materiałów do demonstracji. Powiedziałem, że jestem opozycjonistą, i oczywiście wyraziłem zgodę. Jak tylko wysiedli z mojej taksówki – rozwinęli dwie biało-czerwone flagi oraz transparent z napisem „Precz z komuną” i ruszyli w stronę Starego Miasta. Liczni przechodnie bili im brawo. Ktoś robił zdjęcia.

Odpowiedziałem uczciwie:

– Tych co wsiadają do mojej taksówki nie pytam po co jadą, bo takie pytanie byłoby nieuprawnione. Natomiast muszę pasażerów pytać dokąd jedziemy. A po drodze, jak chcą, to pogadamy, ale jak nie mają ochoty, to ja też milczę, bo mój klient, to mój pan.

Znowu nastała cisza. Teraz odezwał się milicjant siedzący przy kierownicy.

– Ależ pan nabroił. Z wyliczeń wyszło, ze zapłaci pan aż 2400 zł.

Zatkało mnie. Wcześniej karali mnie mandatami max 700 zł („za całokształt” – jak mi raz powiedział pan władza), ale 2400 zł (?!) to już nie tylko przesada, to wbrew przepisom! Ale oni przepisy mają „gdzieś”… Poprosiłem, żeby mi powiedział, jak wyliczył taką kwotę. Zaczął wymieniać wykroczenia, które rzeczywiście popełniałem (np. przekraczanie dozwolonej prędkości, wyprzedzanie na linii ciągłej, drobne wymuszenia), ale duża ich część to był produkt jego bogatej, zbójeckiej wyobraźni. Poprosiłem, żeby jednak zmniejszył mandat, bo zważywszy na okoliczności, to jest nieludzkie. Odpowiedź była krótka:

– Nie mogę panie Stanisławie, ale może pan odmówić przyjęcia mandatu i wtedy spotkamy się na Kolegium i ono rozstrzygnie.

Już raz byłem na takim Kolegium. Wtedy dołożyli mi od siebie jeszcze 200 zł i kazali wyjść z sali rozpraw, więc teraz grzecznie mandat przyjąłem, a na pożegnanie usłyszałem: – Radzę panu, panie Stanisławie, niech się pan uspokoi, bo się pan doigra!

SZANOWNY PANIE Maturzysto z 1986 roku!

Jest Pan zapewne już trochę po pięćdziesiątce. Ja jestem emerytem, piszę książki. Spotkanie z Panem byłoby dla mnie bardzo miłym wydarzeniem. Pozwoliłoby zamknąć ten temat, a przede wszystkim – uzyskać odpowiedź na nurtujące mnie przez wszystkie te lata pytanie: czy zdążył pan na egzamin maturalny.

DRODZY CZYTELNICY!

Przypuszczam, że poszukiwany przeze mnie „pasażer z 1986 roku” opowiadał – nie tylko w gronie najbliższej rodziny – swoje przeżycie ze spóźnieniem na maturę. A więc – jeżeli taką historię słyszeliście – pomóżcie mi w zorganizowaniu tego kontaktu.

Stanisław Piecyk

Były działacz opozycji antykomunistycznej

(kontakt tylko do wiadomości redakcji)

MS 11-12/2021, 15 lipca 2021

Czytelników mających informacje na temat opisanego wydarzenia bardzo prosimy o zgłaszanie ich na adres redakcji: redakcja@mocnestrony.com.pl
lub telefonicznie pod nr tel.: 602 666 134

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *