„Mam poczucie, że jesteśmy fajnymi ludźmi”

Z KUBĄ KAWALCEM z zespołu HAPPYSAD rozmawia Wojciech Grzesik

Na kolejną edycję Pikniku Czerwiec’76 w Ursusie, który odbył się 26 czerwca, zaproszono zespoły Happysad i Organek. Przed koncertem pierwszego z nich spotkałem się z gitarzystą i wokalistą Happysad – Kubą Kawalcem. Poniżej obszerne fragmenty naszej, prawie godzinnej, rozmowy.

Kuba Kawalec z Encyklopedią Polskiego Rocka. O zespole Happysad na str. 235

Wojciech Grzesik („Mocne Strony”): Zacznijmy może od książki „Encyklopedia Polskiego Rocka” autorstwa Leszka Gnoińskiego i Jana Skaradzińskiego. W wydaniu IV, z roku 2006, o Happysad, który miał już w dorobku 2 płyty, można przeczytać – „Zespół grający rocka z elementami reggae”.

Kuba Kawalec: – Myślę, że na tamten czas można było tak napisać.

Debiut fonograficzny w 2004 r., rok powstania – 2001. Co było przed Happysad? Byliście kolegami, którzy postanowili założyć zespół?

– To było klasyczne spotkanie, tak zespoły powstawały. W naszym przypadku było to liceum w Skarżysku, w którym wylądowałem razem z Łukaszem (Cegliński – gitarzysta zespołu) i cała ta muzyczna przygoda dzieje się na osi naszej przyjaźni. Przez Łukasza poznałem Artura (Telka – basista zespołu), i wokół nas się to wszystko rozrosło. Mówimy o sobie – „ojcowie – założyciele”. Każdy z nas miał kontakt z muzyką. Ja miałem starszego brata, który słuchał dużo heavy-metalu. Mieszkaliśmy w jednym pokoju, mieliśmy magnetofon na kasety, więc dorastałem z tą muzyką, choć jej fanem nie byłem. Tata słuchał dużo muzyki z lat 60-tych i 70-tych – to było ciekawsze. Ogromne wrażenie zrobił na mnie musical „Jesus Christ Superstar”. No i muzyka polska – T.Love, Kult, Brygada Kryzys – to był początek lat 90-tych. Liceum zaczynaliśmy w 1993 r., wtedy muzyka nie miała dla mnie wielkiego znaczenia, bardziej biegałem za piłką. Przez Łukasza zacząłem poznawać muzykę od innej strony, zespoły pokroju Dead Can Dance i jakieś alternatywy. Przypasowaliśmy sobie temperamentami, przy nim zacząłem kwitnąć.

Do 1993 r. moje wspomnienia są czarno-białe. W liceum pojawiły się kolory, poznałem rówieśników z innych dzielnic, byliśmy świadkami przekształceń systemowych. Zacząłem dojrzewać emocjonalnie, znalazłem swoją muzykę na tamten czas. To był moment boomu grungowego, poznałem Nirvanę, Rage Against The Machine – gdyby nie te zespoły, to nie wiem, czy sam Łukasz wyzwoliłby we mnie takiego ducha. Okazało się, że biorę gitarę, zaczynam na niej grać, jestem w stanie ze słuchu zrobić proste numery Nirvany. Pojawiła się we mnie chęć krzyczenia, j. angielskim uciekałem od treści. Przygoda muzyczna zaczęła być dla mnie najważniejsza. Z Łukaszem zaczęliśmy próby u mnie w garażu. Nasze projekty muzyczne nazywaliśmy przeróżnie. Po skończeniu liceum trochę się rozjechaliśmy. Przez pierwszy rok studiów jeszcze mieszkaliśmy razem, wygraliśmy wtedy nawet jakiś przegląd kapel w Skarżysku, jako Happysad Generation. Gdy Łukasz przeniósł się z Krakowa do Kielc, nasza muzyczna przygoda gdzieś się zatrzymała. Jak spotykaliśmy się sporadycznie w Skarżysku, to zawsze gdzieś ta gitara była i muzykowaliśmy, choć to już było na zasadzie hobby, a nie regularnych prób. We mnie cały czas była chęć tworzenia, zacząłem pisać po polsku, grałem Łukaszowi nowe piosenki, a on mnie nakręcał – „Pisz po polsku, bo to takie nawet..”

Kiedy kończyliśmy studia – nasi koledzy ze Skarżyska – zespól Blitz, nagrał demówkę w Domu Kultury w Końskich, i strasznie nam się ona spodobała. Mówimy sobie: Kończymy studia, może byśmy sobie sprawili taką pamiątkę? W tym czasie organizowaliśmy koncerty w klubie muzycznym „Semafor” w Skarżysku, prowadzonym przez pp. Lipińskich. Widzieliśmy, jaka przy tym jest fajna energia. Zainspirowało nas to, i stwierdziliśmy, że może byśmy się reaktywowali i zagrali na 2–3 koncertach. Zaczęliśmy próby i kiedy organizowaliśmy koncert Pidżamy Porno, to wprosiliśmy się u Grabaża (Krzysztof Grabowski – lider Pidżamy). Ten mówi: „Spoko, grajcie”. Zagraliśmy, a po koncercie przyszedł do nas: „Chłopaki, super to jest, macie jakieś demo?”. Wybraliśmy pięć piosenek, naszym zdaniem najbardziej fajnych (znalazły się potem na pierwszej płycie zespołu) i pojechaliśmy do tego studia. Rozdaliśmy znajomym – podobało się. Zrobiliśmy jeszcze 100 kopii do klubu „Semafor” – rozeszły się błyskawicznie. Może jakieś koncerty? – My tak naprawdę składu nie mieliśmy, graliśmy we trzech, dochodzili do nas miejscowi perkusiści, najczęściej grał z nami Pawełek (Paweł Półtorak) i on nagrał z nami demówkę, od której zaczyna się właściwie historia zespołu Happysad. Odezwał się Krzysiek Zawadka (gitarzysta Oddziału Zamkniętego, wtedy w Porter Band) i zaprosił nas do Warszawy, zorganizował salę prób, stymulował. Skończyliśmy studia, myśleliśmy o  pracy i stanęliśmy przed wyborem: Kraków albo Warszawa. Skoro nas zapraszają, pracować możemy też w Warszawie, zobaczmy. I tak wszystko się zaczęło. Skontaktowała się z nami „Stodoła”, wówczas największy klub studencki w stolicy. Jej menadżerka, Kasia Kwaśniewska, była ze Skarżyska, ale nie znaliśmy się wcześniej. Posłuchała demówki, poczuła taką więź terytorialną i zaprosiła nas na koncert. Na następny zaprosił nas menadżer T.Love. Dodało nam to skrzydeł. SP Records, na tamten czas największa wytwórnia niezależna (wydawca Kultu, Kalibra 44, Pidżamy Porno), zaproponowało nam nagranie płyty. Materiał ukazał się w 2004 r. Podpisaliśmy kontrakt na 3 płyty, na nasze koncerty zaczęli przychodzić ludzie i czuliśmy, że to ma sens.

Wtedy jeszcze pracowaliście. Kiedy przyszedł moment, w którym poczuliście, że możecie zostawić pracę i skupić się tylko na muzyce?

– Gdy po drugiej płycie pojechaliśmy w trasę, na koncerty przychodziło po 500–600 osób, to były naprawdę dobre wyniki. A my zauważyliśmy, że przez to, iż pracujemy, to zawalamy trochę koncerty, spóźniamy się. I przyszedł czas, by podjąć ryzyko i przejść na pełne zaangażowanie w zespół. Przed nagraniem trzeciej płyty przeszliśmy na profesjonalizm. To był rok 2006.

Szybko poczuliście, że to był dobry wybór?

– Tak, po wydaniu trzeciej płyty (ukazała się w 2007r.). Wtedy był taki moment, że powiedzieliśmy sobie – „Wygląda na to, że trochę tu posiedzimy, więc ogarnijmy to”. Założyłem firmę, która rozliczała wszystko, pomogły moje studia ekonomiczne. Skupiliśmy się na pracy. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że byliśmy taką super świadomie ogarniętą paczką. Przy drugiej płycie zrobiliśmy coś, co polecam wszystkim zespołom początkującym. Od każdego koncertu odkładaliśmy pieniądze na poczet przyszłych wydatków i już po jednym sezonie grania koncertów uzbieraliśmy na producenta – Leszka Kamińskiego i na studio. Fundusz ten do tej pory nam pomaga, kupiliśmy za to tony sprzętu i innych rzeczy materialnych, zabezpieczyliśmy się na gorsze momenty. W naszym przypadku to działa bardzo dobrze. Polecam.

Teraz muzycy są biznesmenami?

– Ktoś musi być. Jeśli zaczynasz grać w zespole i zaczynasz mieć z tego pieniądze, jakie by nie były, to zaczynasz być biznesmenem, im lepszym – tym będzie lepiej szło. Nie wszystko, co jest w muzyce – jest przeliczane na pieniądze: talent, sposoby pisania piosenek, umiejętności. Ale zespół, w naszym przypadku to 15 osób, organizacja systemu całej pracy, wyjazdy. Musisz wystawiać rachunki, płacić ludziom, to wszystko biznes. Jesteśmy regularną firmą. Jeśli zaczynasz zarabiać, a tego nie sformalizujesz, to albo popłyniesz z fiskusem albo ci się wszystko rozsypie. Dobrze, żebyś miał fajnego menadżera, dobrego księgowego.

Macie szczęście do ludzi?

– Mamy. To jest nieskromne, ale mam poczucie, że jesteśmy fajnymi ludźmi, a przez to fajnymi ludźmi się otoczyliśmy. Jest taka umiejętność przesiania niefajnych od fajnych, i to nam się jakoś udaje.

Cofnijmy się jeszcze do początku – skąd nazwa Happysad?

– To historia z liceum. Założyliśmy taki projekt muzyczno – filmowy, który nazwaliśmy Happysad Generation. Dostrzegaliśmy w sobie takie spolaryzowane emocje. Z jednej strony szczęśliwi młodzi ludzie, chętni świata i doświadczeń. Z drugiej – przygnieceni ponurością otoczenia, życia i niesprawiedliwością losu. Trochę ta nazwa była szczeniacka. Wiadomo, liceum to nie jest czas, gdzie ma się pełną świadomość świata. A potem, pod koniec studiów, stwierdziliśmy, że zostaniemy przy niej, wyrzucając człon Generation, bo część ludzi w Skarżysku kojarzyła nas z tej nazwy, a mieliśmy poczucie, że taka dipolarność jest w porządku w naszym przypadku.

Był czas, kiedy nie mogliście grać i pracować – lockdown. Jak to na Was wpłynęło?

– To był trudny czas, bo wszystko szło etapami. Przypominało to samochód, który raz się psuje – raz naprawia, potem znowu się psuje i znów naprawia. I w końcu ma się go dosyć. Na początek – przerwana trasa. Szkoda, ale do tego maja odetchniemy po kilkunastu latach występowania. Spędzałem czas z rodziną, dzieciakami, odpocząłem. I jak już mieliśmy startować, to przesunęło się do czerwca. I okazało się, że nie możemy nic zaplanować, a w przypadku zespołu większość rzeczy na tym się opiera. Musisz mieć zaplanowane koncerty do przodu, na 2–3 miesiące, a tu okazało się że jest czerwiec, a koncertów nie ma. Pomijając fakt, że przestaliśmy normalnie zarabiać, zaplanowanie czegokolwiek, wakacji, wolnego czy zajętego czasu, stało się koszmarem. Potem znowu start i znowu hamowanie, parę koncertów w okresie jesiennym. I tak do 2022r. Ciężki bardzo czas, bo obroty firmy spadły. Ludzie, którzy są autorami piosenek i są zabezpieczeni prawami autorskimi i wykonawczymi jeszcze mają jakieś przychody, ale większość naszej ekipy została bez pracy. Nie wiadomo było, ile ten stan potrwa, czy będą to 2 miesiące czy 2 lata. To utrudniało znalezienie innej pracy. To był bardzo nerwowy czas dla ludzi, którzy chcieliby pracować, ale nie wiedzieli, czy będą mogli. Dlatego skorzystaliśmy z Funduszu Wsparcia Kultury, wokół którego pojawiło się wiele negatywnych emocji. Na naszym Facebooku uzasadniliśmy, dlaczego to było dla nas ważne.

Po powrocie do grania spotykacie się z ludźmi, zauważyliście wśród nich jakieś zmiany?

– Zauważyłem duże zmiany. Ten czas covidowy miał etapy. Najpierw ogromne wsparcie od ludzi, potem było go trochę mniej. Fundusz Wsparcia Kultury rozpoczął burzę i mogliśmy poczuć, że zawód artysty jest niepotrzebny. Nadwątlona została wiara w ten nasz zawód. Czy będziemy mieli zawsze bezinteresowne wsparcie fanów? – Widać, nie zawsze. Od fana do niefana jest krótsza droga niż dłuższa. Kiedy wreszcie pojawiły się koncerty w maju, poczułem, że ludzie wylądowali w tym samym punkcie, w którym byli przed covidem – jest chęć, radość. Ale mam taką nieufność co do jesieni, czy po takim boomie koncertowym od maja do września, ludzie będą chcieli koncertów i czy będą mieli na nie pieniądze. Zmienia się sytuacja gospodarcza, nastroje. Myślę, że tu socjologowie i kulturoznawcy mają pole do pracy, do opisania tego. Nastroje ludzi są spolaryzowane, jest tak napięta sytuacja geopolityczna i społeczna, że każdy chce zapominać i uciekać najdalej od tego, co było, co będzie i zająć się chwilą. Absurdów i rzeczy, które powodują napięcia jest mnóstwo. Kto by pomyślał o wojnie? Dla mnie była w książkach do historii albo w dalekich krajach.

Ostatnia studyjna płyta zespołu pojawiła się w 2019. Materiał na kolejną?

– Zaczynamy pracę nad nim i myślę, że wrzesień to będzie taki moment, że wystartujemy z próbami. Będziemy chcieli zarejestrować 3 piosenki na 3 różne sposoby, może z którejś będzie singiel. Ja traktuję płytę jubileuszową („Odrzutowce i kowery” z 2021r.) jako regularną. To 14 piosenek, które nagraliśmy w studiu. Jedną część stanowią covery, drugą premierowe piosenki. Mimo że są stare – dużo nad nimi siedzieliśmy, trzeba było je zrewitalizować, zarejestrować.

Czy po latach grania czujecie się zespołem, który nie musi już niczego udowadniać?

– Nie przypominam sobie momentu, kiedy zespół chciał komukolwiek coś udowodnić, nawet w rozmowach między sobą. U nas zawsze była ciekawość doświadczeń. Szukamy, próbujemy, jesteśmy pierwszymi, świadomymi krytykami tego materiału.

Nie myślicie o grupie docelowej?

– Jest taki moment, kiedy wybierasz singla, musisz pokierować się kryteriami, które pomogą promocyjnie. Ale kiedy wymyślasz piosenkę, to absolutnie nie ma znaczenia, kto ma być odbiorcą, chociaż niektórzy tak robią. Dla mnie artysta, to osoba, który wyraża swój pogląd na świat, swoją wizję. Jeżeli mam być na garnuszku czyichś oczekiwań, to już nie jest sztuka, tylko jakieś zamówienie publiczne.

Czy dziś ludzie słuchają tekstów, czy traktują głos jako jeden z instrumentów?

– Mogę zabrzmieć, jakbym miał pretensje do świata, ale mam poczucie, że tekst zszedł na drugi plan. Oczywiście nie wszędzie, np. w hip-hopie jest sporo treści, która mi imponuje. Ale w całej muzyce mam poczucie ogromnej przewagi ludzi, którzy nie dbają o to, wymyślą cokolwiek i – dobrze jest, zostawmy to. Nie ma tam staranności. Sztuka dzieli się na 2 etapy, niezależnie czy robimy muzykę czy piszemy tekst. Najpierw jest błysk, powstaje zalążek. Skupmy się na tekście – jest 2–5 wersów, w zależności od tego, jak błysk jest duży, a potem zaczyna się inżynieria. Obydwa etapy są bardzo ważne, trzeba je pielęgnować. A mam wrażenie, jakby ludzie jeden albo drugi proces olewali. Ja, jako człowiek wrażliwy, chciałbym dużo więcej ciekawych rzeczy usłyszeć od artystów. Sztuka robienia sztuki, jakkolwiek pokrętnie to brzmi, to dla mnie umiejętność odrzucania w dużej części złych rzeczy. Możesz wymyślić i milion rzeczy, tylko kwestia – na ile jesteś świadomy, co jest złe, niefajne, niesmaczne. Nie wymagajmy tego od początku od wszystkich, ale wypadałoby się tego uczyć. Nie wszystkie nasze rzeczy, te początkowe, są fajne. Ja nigdy nie wyrzekłem się nauki, i cały czas dbam o to, żeby to nie było nijakie. Wiem, że jestem pracowity i wiem, że jestem czujny na to, ale nie mówię, że jestem jakimś super artystą, poetą albo pisarzem.

Dziś gracie na imprezie z okazji Czerwca’76. Czy zdarza się Wam grać pod egidą?

– Na rzeczach upamiętniających jakieś wydarzenia – spoko. Nie gramy, zresztą mamy stosowny zapis w umowie, na wiecach politycznych ani po przemowach oficjeli politycznych. Nie stronię od uwag politycznych na koncertach, ale występ nie może być elementem wiecu politycznego.

Co zagracie dzisiaj?

– Przekrojowo, wracamy po świętowaniu 20-lecia. W środku set wspominkowy, dookoła piosenki starsze, nowsze. Płyta „Rekordowo Letnie Lato” (rok 2019) super się sprawdza na koncertach, zagramy z niej parę kawałków. Na pewno nie będzie tematycznie.

Dziękuję bardzo za poświęcony czas!

– Dzięki piękne!


TU galeria zdjęć z koncertu

Rozmawiał, robił zdjęcia oraz dopisywał w nawiasach: Wojciech Grzesik

MS 11-12, 29 lipca 2022