KulturaWywiady

Lubię robić rzeczy, których wcześniej nikt nie zrobił

Ze zwycięzcą „Grand Press Photo 2016” z Ursusa rozmawia AGNIESZKA GORZKOWSKA

MACIEJ MARGAS (ur. 1993) zaczął fotografować 7 lat temu, jeszcze jako uczeń jednego z ursuskich gimnazjów. Jego debiutancki film z 2014 roku „Warsaw 24H Timelapse”, ukazujący życie stolicy z dachów najwyższych wieżowców, w ciągu tygodnia od publikacji obejrzało ponad 100 tysięcy ludzi. Do tej pory widziało go przynajmniej pół miliona ludzi na całym świecie. Obecnie to najpopularniejszy film timelapse o Polsce. Jako pierwszy wykonał świetnej jakości nocne lotnicze zdjęcia Warszawy z wysokości kilometra. Nawet nie przypuszczał, że kilka miesięcy później jedno z wykonanych wtedy zdjęć zajmie 1. miejsce w kategorii Środowisko w najbardziej prestiżowym polskim Konkursie Fotografii Prasowej Grand Press Photo. 


Czy w swoich planach fotograficznych ma też naszą dzielnicę? Na ilu aparatach pracujesz?
– Mam jeden. Niedługo mam nadzieję pozyskać kolejny, bo często, kiedy jeden aparat uwiecznia coś na statywie, drugim mógłbym fotografować coś innego. Do zdjęć bardzo specjalistycznych, takich jak np. śmigłowcowe, sprzęt wypożyczył mi sam producent – Canon Polska. n Czy od zawsze fotografowałeś miasto? – Zacząłem fotografować w 3 klasie gimnazjum, czyli 7 lat temu. Ze względu na to, że byłem nieśmiały, interesowała mnie bardziej architektura niż robienie zdjęć ludziom. Później zacząłem robić miejskie panoramy: z okien, z dachów. Tego rodzaju zdjęć też nie było specjalnie dużo w Internecie, a mnie widoki z góry bardzo fascynowały. Po napisaniu matury wpadłem na pomysł, żeby nakręcić film timelapse o Warszawie…

Skąd ten pomysł?
– Stolica wówczas takiego filmu jeszcze nie posiadała. Poza tym oglądam wiele prac innych fotografów – raczej zagranicznych. Bezpośrednią inspiracją przy tworzeniu filmu o Warszawie były dla mnie timelapsy innych miast. Widziałem filmy, które z najwyższych wieżowców prezentowały Los Angeles, Nowy Jork. Wtedy właśnie pomyślałem o warszawskich wieżowcach i o tym, że to miasto też można w taki sposób pokazać. Miałem sprzęt, możliwości, a przede wszystkim wizję. Prace nad „Warsaw 24H Time­lapse” rozpocząłem w październiku 2013 roku. Moje działania trwały prawie półtora roku, bez żadnych sponsorów czy partnerów. Musiałem zdobyć stosowne pozwolenia i zgrać je z moim czasem wolnym oraz odpowiednią pogodą. A np. przez 3 miesiące zza chmur w ogóle nie pokazywało się słońce. Kiedy skończyłem film, pojawiła się propozycja, by zrobić premierę w kinie Muranów. Jestem perfekcjonistą, więc do ostatniej chwili wtedy chciałem poprawiać ujęcia, ale na szczęście miałem już deadline. Następnie, po premierze, opublikowałem film w Internecie i… zrobił furorę! W ciągu tygodnia obejrzało go 100 tys. ludzi!

Na pewno podziałał fakt, że to był pierwszy taki film o stolicy.
– Kiedy zacząłem pracować nad nim, faktycznie nie było nic podobnego. W tym czasie okazało się, że ktoś stworzył 2 lub 3 tego rodzaju filmy. Trochę mi to podcinało skrzydła, myślałem nawet, czy swojego pomysłu nie porzucić… Skoro już tyle zrobiłem, postanowiłem, że dokończę. Poza tym miałem poczucie, że Warsaw 24H jest jednak innym filmem niż pozostałe. Jest bardzo dobry technicznie i efektowny, ale jednocześnie opowiada historię, co wyróżnia go spośród wielu filmów, które składają się jedynie z ładnych obrazków. Do samego finału nie zdawałem sobie jednak sprawy, jaki zasięg osiągnie. Nie miałem doświadczenia i nie wiedziałem, czego mogłem się spodziewać. Okazało się, że po premierze o projekcie napisały największe polskie media. Zagraniczny portal Mashable.com umieścił film na liście 14 najlepszych timelapsów na świecie 2014 roku. n Do finału konkursu Grand Press Photo w kategorii środowisko wybranych zostało 9 zdjęć, w tym twoje. I… wyszła miła niespodzianka. – Nigdy nie brałem udziału w konkursie fotografii prasowej (bo stricte taką się nie zajmuję), więc nie wiedziałem czego się spodziewać. Zdjęcie, które przeszło do finału, nie dotyczyło żadnego tematu bieżącego, rocznicy, polityki. Liczyłem, że może uda się dostać chociaż 2. lub 3. miejsce. Kiedy je wyczytywali i nie usłyszałem swojego nazwiska, zacząłem myśleć, że niepotrzebnie nastawiałem się na cokolwiek. Gdy okazało się, że zdobyłem 1. miejsce, byłem bardzo zaskoczony – to ogromne wyróżnienie dla mnie i dla całego projektu Warsaw On Air. Zaskoczenie tym bardziej, że jedyne konkursy, w jakich do tej pory brałem udział, miały miejsce jeszcze w gimnazjum i liceum. Zwycięskie zdjęcie zatytułowałem „Planeta Warszawa”.

Czy wymagało retuszu, zanim wysłałeś na konkurs?
– Nieco je rozjaśniłem dla wydobycia zaciemnionych szczegółów. Sam byłem zdziwiony, że zdjęcia nocne ze śmigłowca wymagały mniej obróbki niż dzienne, które trzeba było nasycić i dodać kontrastu. Moje fotografie lotnicze można było oglądać w zeszłym roku na wystawie na 35. piętrze wieżowca Warsaw Trade Tower, niedawno w Bibliotece na Koszykowej, a teraz wystawa wyjeżdża w świat – do Pragi, Koszyc i Zagrzebia z LOT-em. „Planeta Warszawa” jeździ teraz po Polsce wraz z innymi nagrodzonymi w konkursie Grand Press Photo. Zdjęcie można też zakupić w formie wydruku w sklepie, który prowadzę wraz z Blogusz.pl – Warsaw Gift Shop – robi ogromne wrażenie na ścianie. Kiedy wydrukowałem pierwszy egzemplarz, nie chciałem się z nim rozstawać.

Opowiedz, jak to zdjęcie powstało.
– Trzeba się cofnąć aż do kwietnia 2015 roku. Wtedy zorientowałem się, że nie ma w ogóle zdjęć lotniczych Warszawy wykonanych nad centrum miasta. Zacząłem drążyć temat, dlaczego tak jest. Okazało się, że przeszkodą są m.in. ściśle chronione strefy powietrzne. Dlatego np. loty widokowe są organizowane po praskiej stronie. Natomiast do strefy powietrznej nad centrum można wlecieć tylko dwusilnikowym śmigłowcem, którego godzina lotu kosztuje 10 tys. zł netto. Mimo wszystko bardzo chciałem wykonać zdjęcia…

Tobie to się udało!
– Przez kilka miesięcy szukałem sponsorów. Zorganizowałem też zbiórkę pieniędzy. Pracownik portalu specjalizującego się w finansowaniu społecznościowym pomagam.pl namówił mnie do zrobienia zbiórki u nich. Celem było zebrać 10 tys. zł. Wystarczyły 3 dni i dostałem wsparcie na wymarzoną kwotę! W ostatnich dniach zbiórki na koncie widniało 16 tys. zł! Wraz ze wsparciem Coca-Coli, Enigmy SOI oraz InterLeones, wszystko wystarczyło na 3 godziny lotu: po półtorej godziny na dzień i noc. Najbardziej zależało mi na wykonaniu zdjęć nocnych. Kilka lat temu nie było jeszcze dobrego sprzętu, by wykonać zdjęcia w takich warunkach, nadające się nawet na duże wydruki. Środki od sponsora poszły na lot nocny, a te ze zbiórki na lot dzienny. Przed głównym przedsięwzięciem wykonałem z własnych środków 2 loty próbne awionetką nad Pragą, żeby przygotować się na nocne fotografowanie miasta z lotu ptaka.

Nadszedł w końcu wymarzony dzień lotu i… 
– To było 2 października 2015 r. Najtrudniejsza była organizacja – od najtrudniejszych rzeczy, takich jak pozyskanie pieniędzy, po najprostsze, takie jak zakup odpowiednich ubrań na lot. Dzień wcześniej dopiero zdałem sobie sprawę, że trzeba się ciepło ubrać… W ogóle, żeby zaplanować ten termin lotu, nie było łatwo. Śmigłowiec, którym leciałem, należy do prywatnej firmy, oni mają do niego pierwszeństwo. W przedsięwzięcie było też zaangażowanych kilkanaście osób, które musiały czekać w gotowości z dnia na dzień. Zgoda na lot od Biura Ochrony Rządu wymaga wysłania wniosku z kilkudniowym wyprzedzeniem i wystawiana jest na konkretny dzień i konkretną godzinę. Na tydzień wcześniej musieliśmy wszystko już dokładnie zaplanować. Nie chcieliśmy rozbijać lotu na 2 dni. A przewidywanie pogody na tydzień przed to wróżenie z fusów. Zwłaszcza dla fotografa. Ale się udało! 

Więc jak zrobiłeś nagrodzone ujęcie?

– Śmigłowiec leciał z otwartymi drzwiami, ja siedziałem na podłodze w kombinezonie paralotniarskim, trzy‑ mając nogi na płozie. Byłem przywiązany linami w 3 miejscach do śmigłowca, także byłem spokojny, że nie wypadnę, i poza mocnym wiatrem czułem się trochę, jakbym fotografował przez szybę. Po prawej były fotele, gdzie trzymałem plecak z obiektywami. Miałem 2 aparaty zawieszone na szyi, by nie mieć dużo pracy ze zmianą obiektywów. W śmigłowcu musiałem mieć ze sobą dużo kart pamięci, by na bieżąco je wymieniać. Nigdy wcześniej nie leciałem śmigłowcem, a do tego doszło jeszcze to całe zamieszanie wokół wydarzenia: media, ludzie. Można było nawet oglądać transmisję z wydarzenia. Nagrodzone zdjęcie powstało właściwie pod koniec lotu: w ostatnich 5 minutach. Zmieniłem obiektyw na rybie oko. Byłem ciekaw, co mi wyjdzie, choć nie spodziewałem się zaskakujących rezultatów, bo obiektyw jest dosyć ciemny. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, co powstało! Wykonałem całą serię „Planet Warszawy”, na wszystkie strony. Zdjęcie, które wysłałem na konkurs, uznałem za najbardziej efektowne w serii. Po wylądowaniu czekało mnie mnóstwo pracy z wyborem i obróbką zdjęć (powstało ich 5000!), a już 3 dni później zdjęcia zrobiły furorę w Internecie. 

Czy nie kusi Cię jeszcze Warszawa z lotu ptaka?
– Kusi. Sam postanowiłem kontynuować projekt. W te wakacje chcę polecieć trzy kilometry nad Warszawą (ostatnim razem był to najwyżej kilometr). Ponadto chcę wydać album z tymi fotografiami. Wiele osób mnie o to pytało, poza tym czegoś takiego jeszcze nie było i dlatego zdecydowałem się taką publikację przygotować. Nie mogę się jej doczekać! Tym razem pieniądze zbierałem jedynie przez crowdfunding i udało się, mimo że są wakacje. W 18 dni, dzięki 139 osobom, udało mi się zebrać 102% kwoty potrzebnej, żebym mógł po raz kolejny wznieść się nad Warszawą i wylądować z wspaniałymi zdjęciami. Dziękuję wszystkim zaangażowanym za wsparcie i okazane zaufanie! 

Czy do nowych lotów również się jakoś specjalnie przygotowujesz?
– Tak. Miesiąc temu wraz z pilotem Derym udało mi się polecieć na taką wysokość awionetką. Chciałem sprawdzić, czy w ogóle coś będzie widać. Warszawa wyglądała zjawiskowo, a uro­ku dodawały mijające nas chmury. Niestety mogliśmy latać tylko nad Pragą – i tylko kilka minut – ze względu na to, że na tych wysokościach latają już samoloty pasażerskie. W śmigłowcu będę mógł oblecieć całą Warszawę, ale będzie trudniej niż ostatnim razem – kiedy otwierałem okienko awionetki, na zewnątrz było minus 15 stopni! 

Jakie dzielnice chciałbyś jeszcze uchwycić z lotu ptaka?
– W zeszłym roku uwieczniłem głównie obszar Śródmieścia, nie było czasu, żeby polecieć dalej. Tym razem chciałbym też uwiecznić dzielnice oddalone od centrum, także Ursus – ze względu na zmiany, jakie tu nastąpią w ciągu kilku lat. Marzy mi się uwiecznić np. tereny pozakładowe [ZM „Ursus” – przyp. red.] teraz, a za kilka lat powtórzyć i zrobić porównanie. Nie mieszkam tu już od półtora roku. 

Czy również, mieszkając jeszcze w Ursusie, byłeś jednym z tych fotografów, którzy uwieczniali znikające hale po Zakładach?
– Czasem chodziłem tam z aparatem. Zrobiłem nawet już parę ujęć do filmu o Zakładach metodą timelapse. Chodziło mi o to, aby pokazać na jednej z ocalałych hal (niedaleko Pensjonatu Św. Łazarza) życie, którego pozornie tam już nie ma: grę światła, ruch wiatru, małe procesy, których prawie nie widać. A także to, co się dzieje wokół, czyli burzenie ostatnich hal. Nie mam jednak na razie chwili, by dokończyć ten pomysł. Cały czas o tym myślę. Mam też drona. Ursusa prawie nikt też wcześniej nie pokazał z lotu ptaka… a ja lubię robić rzeczy, których nikt wcześniej nie zrobił. 

Czy nie chciałbyś na trochę zostawić Warszawy i zabawić się w ujęcia w innych polskich bądź zagranicznych miastach?
– Kiedy tylko mogę, wyjeżdżam. Jednak w Warszawie mieszkam, tutaj mam najwięcej zleceń. W te wakacje czeka mnie objazd po Polsce. Chciałbym poza tym zrobić film o innym polskim mieście, np. Katowicach, a ponadto marzy mi się film „Poland 24 h”. 

Czyli…
– By pokazać różne polskie miasta (i nie tylko). Może byłby to pełnometrażowy film. Mam nadzieję, że dzięki planowanym wyjazdom zbiorę sporo materiału. Nakręcenie filmu o jednym mieście wymaga ode mnie spędzenia tam jakiegoś czasu. Najpierw robię research w Internecie, sprawdzam teren. Następnie wyruszam, by to wszystko poczuć i zaplanować ujęcia. To też wiąże się z finansami… Nawet samymi kosztami utrzymania, nie mówiąc o sprzęcie, śmigłowcu i wielu innych. Poszukuję partnera, który by mnie w tym wsparł. 

Zdradzisz, jak potężne jest Twoje archiwum zdjęć?
– Komputer ze zdjęciami mam cały czas zapchany. Jeśli dodać do tego dyski zewnętrzne, to wyjdzie ponad 5 terabajtów danych. Mam nawet takie zdjęcia wieżowców warszawskich sprzed 6 lat, gdy ten skyline był bardziej pusty. Jest to fajne archiwum, które już funkcjonuje, a za kilkadziesiąt lat będzie pewnie jeszcze bardziej cenne. Oglądałem też analogowe zdjęcia Warszawy zrobione przez fotografów z lat 90. – Pałac Kultury i Nauki, a wokół niego 3 wieżowce. Warszawa się zmienia w ogromnym tempie. Porównywałem też niektóre zdjęcia lotnicze przedwojenne z kadrami, które sam zrobiłem. Niektóre są bardzo podobne! Myślę, że kiedyś będzie można zrobić wspólne zestawienie takich ujęć. Zdjęć lotniczych zrobiłem do tej pory około 5 tysięcy – mam nadzieję, że wraz z tymi, które powstaną, posłużą przyszłym pokoleniom jako unikatowe świadectwo historyczne. (ag)
MS nr 2/2016

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *