DWUTYGODNIK dzielnicy URSUS, miasta PIASTÓW, miasta PRUSZKÓW, gminy MICHAŁOWICE, miasta i gminy OŻARÓW MAZOWIECKI

Licznik gości

  • Gości na stronie: 0
  • Odsłon łącznie: 0
facebook
To jest święto za każdym razem...
Z Renatą Przemyk tuż przed koncertem rozmawia Jacek Sulewski

    Dzień dobry. Na scenie Ośrodka Kultury Arsus zobaczymy Panią już po raz trzeci. Przed nami koncert „Renata Przemyk Akustik Trio”. Co dzisiaj usłyszymy?

– Przez lata ten projekt się rozwija, ulega zmianom, modyfikacjom. Pozmieniała się większość piosenek, dochodzą kolejne. Zmienił się skład. Towarzyszą mi teraz Piotr Wojtanowski i Grzegorz Palka. A dziś jest sytuacja zupełnie wyjątkowa. Zaprosiliśmy gościa. Wiktoria Chrobak gra na instrumentach perkusyjnych. To jest nasz gość specjalny na tę trasę. Teraz jest więc Renata Przemyk i Akustik Trio.


Do tej pory to Pani grała na instrumentach perkusyjnych

– Tak, ale złamałam rękę. Wiktoria to moja nauczycielka. Wykłada na Akademii Muzycznej, a ja miałam u niej kilka lekcji gry na instrumentach perkusyjnych. Jak była potrzebna pomoc, to ona pierwsza mi przyszła do głowy i nie zawiodła.

Spotkałem się z Pani wypowiedzią, że śpiewa Pani po swojemu. Czy mogłaby Pani to poszerzyć?

– Śpiewałam od zawsze, ale w domu byłam uczona szukania twardego gruntu pod nogami. Poszłam do liceum ekonomicznego, potem ukończyłam bohemistykę na Uniwersytecie Śląskim. Studia były dla mnie czasem intensywnego rozwoju i nauki życia. Pierwszy większy sukces osiągnęłam w 1989 roku na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie i po studiach przeniosłam się do tego miasta. Nie mam wykształcenia muzycznego i pewnie wyłamuję się ze wszystkich zasad sztuki wokalnej. Jedyne moje doświadczenie związane z pobieraniem nauk miało miejsce podczas pracy z Zygmuntem Koniecznym nad ścieżką dźwiękową do filmu „Grający z talerza” w 1995 r. Pracowałam później przez parę miesięcy z Bolkiem Rawskim, ówczesnym kierownikiem muzycznym w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Były to lekcje śpiewu. Kiedyś nie sądziłam, że muzyka stanie się dla mnie sposobem na życie, czymś więcej niż hobby. Obecnie to moja pasja i źródło utrzymania. Dostałam taką szansę. W tym roku mija 28 lat mojego śpiewania.

Kiedy Pani się urodziła, Rollingstonsi już występowali. Jeżeli przyjmiemy taką analogię, to przed Panią jeszcze wiele lat śpiewania.

– To na pewno.

Jaki wpływ na Pani twórczość miała córka?

– Pojawienie się dzieci sprawia, że człowiek dojrzewa w przyśpieszonym tempie, szerzej patrzy na świat, przestawia mu się system wartości. Moje życie zmieniło się zdecydowanie na korzyść. Jestem dojrzalsza, mądrzejsza, potrafię się bardziej cieszyć tym, co mam. Każda chwila jest wykorzystywana w stu procentach. Nie ma marnowania czasu, nie ma rozmieniania się na drobne. Dziecko uczy lepszej organizacji, a to była moja słaba strona.

Czy myśli Pani, że córka pójdzie w Pani ślady?

– Klara ma 14 lat. Śpiewa dla zabawy w chórze szkolnym. Zawsze chciała być przedszkolanką.

Czy wyobraża sobie Pani życie tylko z muzyką albo tylko z córką?

– Nie wyobrażam sobie życia ani bez muzyki ani bez rodziny. Na szczęście nigdy nie miałam konieczności takiego wyboru. Miałam przez parę miesięcy taką sytuację, że muzyka się oddaliła. Miałam infekcję zatok, nacieki na strunach głosowych, operację. Na szczęście po kilku miesiącach wszystko zostało wyleczone i jestem w lepszej formie niż wcześniej. Wtedy poczułam, jak to jest bez śpiewania. Zobaczyłam, jak mi tego brakuje. Ogarnął mnie smutek. Teraz odczuwam brak jednej ręki. Ale jest już miesiąc po operacji i powoli wracam do sprawności.

Pani nie śpiewa dla wszystkich...

– Dla wszystkich, tylko nie wszyscy słuchają. Nie ma takiego artysty, który zaspokoi wszystkie gusta. Dla mnie najważniejsze jest to, że śpiewa się szczerze, z serca, w oparciu o własną intuicję, o własne emocje, te najprawdziwsze. To nie jest sztuczna kreacja. To jest to, co ja czuję, czym żyję. Jeżeli ktoś ma zbliżoną wrażliwość, jest otwarty i też tak emocjonalnie reaguje na świat, to znajdzie coś dla siebie. Wspaniale jest widzieć na koncertach te same osoby, bywa, że kilka, kilkanaście razy w roku. Przyprowadzają swoje, często już dorosłe dzieci, znajomych. Są też tacy, który dołączali przy którejś kolejnej płycie. Te płyty mocno się między sobą różnią. W którymś momencie znaleźli coś dla siebie i zostali na dłużej. Ta grupa wciąż się poszerza. Mam swoje koncertowe dzieci, które porobiły już własne kariery. Jesteśmy w kontakcie na mediach społecznościowych, czasem spotykamy się gdzieś na świecie.


Są artyści, którzy realizują się w samej twórczości, ale większość potrzebuje publiczności, chce coś przekazać. Jak jest w Pani przypadku?

– To nie jest poczucie misji, mocno nakreślone konkretne przesłanie. To jest podzielenie się sobą, pozytywnym nastawieniem do świata, emocjami, które są w danym momencie.

Obserwując Pani drogę, słuchając tekstów, wydaje się, że nie zawsze emanowała Pani optymizmem.

– Nie ma takiego człowieka, który zawsze jest radosny. Po to, żeby docenić to, co najważniejsze, co dobre, po drodze człowiek musi się nauczyć, jak to jest stracić. Poprzez przeżywanie skrajnych emocji jest w stanie się rozwinąć, zobaczyć które z nich są wartościowe. Uczy się dbać, żeby dobrych było więcej. Rozróżniać dobro od zła, piękno od brzydoty, wszystkie przeciwieństwa. Jeśli coś pobudza do refleksji to nas wzbogaca. Ja staram się penetrować całe spektrum emocji, a końcową refleksją zakotwiczyć się w pozytywnym myśleniu. Buduje nas i wzbogaca wszystko, co się nam przydarzy. Nie ma mądrości, która nie otarła się o cierpienie.

Czy są osoby, które wywarły szczególny wpływ na Pani życie, pomogły w trudniejszych momentach, o których chciałaby Pani powiedzieć? Ktoś ważny.

– Jestem osobą chłonącą. Jest wiele takich osób, z którymi dłużej współpracowałam, spotkałam na którymś etapie życia. Podchodzę do życia i do sztuki bardzo emocjonalnie. Te dwie sfery są zresztą nierozdzielne. Nie mam godzin pracy. Życie i praca się splata. Tak samo emocjonalnie podchodzę do piosenki jak do relacji w domu. Nawet ci, z którymi rozstawałam się nie do końca w zgodzie coś po sobie pozostawili. Od każdego można się czegoś nauczyć. Z perspektywy czasu doceniam nawet tych, do których kiedyś miałam żal. Na szczęście dobrych relacji było więcej.


Jak to jest, kiedy w trakcie jednego projektu zmienia się współpracowników, współtwórców? Bo tak jest w przypadku projektu „Akustik Trio”?

– Tak. Każdy muzyk ma jakąś swoją drogę rozwoju. Nasze drogi w różnych momentach schodzą się i rozchodzą. Ta pierwsza dwójka zaczęła tworzyć wspólne projekty, przeprowadzili się do Warszawy i stwierdziliśmy, że nie ma sensu szarpać się z kalendarzem. Rozstaliśmy się polubownie, oni nawet zaproponowali na swoje miejsce część obecnego składu. Sami mieli ochotę zagrać mocniej, inny rodzaj muzyki.

Czy zawsze teksty pisała dla Pani Anna Saraniecka?

– Tak, od pierwszej płyty. Czasem pisałyśmy wspólnie. To niewątpliwie jedna z tych ważnych osób. Spotkałyśmy się na studiach. Anka studiowała polonistykę, imponowało mi jej oczytanie. Zaczęło się od pożyczania książek i w pewnym momencie rozstałam się z dotychczasowym autorem tekstów. Znałam jej poezje, jej podobne do mojego poczucie humoru, miałyśmy podobny świat wartości. Dwie pokrewne dusze. A z biegiem lat, kiedy się poznawałyśmy, była w stanie pisać coraz lepiej dla mnie o mnie. W dużej mierze uważam się za jej uczennicę. Mój  powrót do pisania po latach w dużym stopniu wynikał z inspiracji tekstami Anki.

Czy ma dla Pani znaczenie, w jakiej sali odbywają się koncerty?

– Ma znaczenie, czy w pełnej czy w pustej i czy publiczność jest życzliwa.

Wiem, że przyjeżdżacie na miejsce kilka godzin przed koncertem, a chociażby w tym tygodniu koncerty miała Pani codziennie i to w bardzo odległych od siebie miejscach Polski. To ciężka praca...

– Musimy mieć kilka godzin na przygotowanie do każdego koncertu. Musi być próba, sprawdzenie sprzętu, cała strona techniczna, makijaż, skupienie. Nie mogę wlecieć na scenę z marszu. To jest święto za każdym razem.

Co się u Pani dzieje poza tym projektem? Jakieś nowe plany?

– Równolegle dzieje się kilka rzeczy. Byliśmy mile zaskoczeni, że Akustik Trio spotkało się z tak życzliwym przyjęciem. Z roku, dwóch, rozwinęło się do siedmiu i.... końca nie widać. Wzbogacamy, dokładamy nowe piosenki, są zmiany w aranżacjach. Ten pomysł jest w dużej mierze oparty na improwizacji. Nic nie jest ustalone na sztywno.

W trakcie przygotowania jest program oparty na piosenkach ze spektaklu „Boogie Street” według twórczości Leonarda Cohena. Premiera przedstawienia odbyła się w Teatrze Starym w Lublinie we wrześniu 2016 roku. Na pierwszy koncert zapraszam
1 kwietnia do Wrocławia. Jestem w trakcie pracy nad nową płytą. 27 marca w teatrze Barakah w Krakowie będzie premiera kolejnego odcinka „Nocy Waniliowych Myszy”, spektaklu, do którego piszę muzykę.

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszego, nieprzerwanego pasma sukcesów.  

(JS)
MS 5/2017, 23 marca 2017 r.